Attyla - Wódz Hunów, obraz Eugène Delacroix

Niusy

Patronat medialny

Organizujesz imprezę? Z dumą wspieramy ciekawe wydarzenia i inicjatywy społeczne.

Jeśli wierzyć obietnicom, obchód tysiącolecia Węgier będzie w całem znaczeniu wspaniałym. Rozumie się, że korowód historyczny, streszczający dzieje państwa, stanowić ma część podstawową uroczystości, a w nim przodować będzie Atylla, praojciec plemienia Węgrów, którzy wspominają o nim z synowskiem poszanowaniem. Ciekawa to postać: w podaniach madziarskich jest Atylla mądrym, jak Salomon, wspaniałomyślnym jak Harun-al-Raszyd; nie Papież Leon zatrzymuje go nad brzegami Tybru, ale Jezus Chrystus zstępuje z nieba i, jako okup za Rzym, przyrzeka jego potomkom koronę Węgier.

Atylli – powiada Paweł S. Victor – należy się nie historya, lecz epopea, pisana w języku barbarzyńców. W V stuleciu, kiedy wszelkiego rodzaju okrucieństwa były rzeczą powszednią, budził on podziw, niby czwarty rycerz Apokalipsy, spadający na ziemię. „I oto jasny rumak – czytamy w „Objawieniu” – a na nim jeździec, któremu na imię było Śmierć, i włóczył piekło za sobą. A oddaną mu była władza nad czterema częściami świata, aby cisnął synów ziemi na pastwę miecza, głodu, zarazy i zwierząt drapieżnych.” Atylla istotnie wiódł za sobą Śmierć, w otoczeniu piekła. Hunnowie przerażali barbarzyńców, a Wandalowie wydawali się wobec nich żołnierzami ateńskimi. Tradycya Gotów utrzymuje, że Hunnowie są potomkami demonów, a Jormandes dodaje, że plemię to zamieszkiwało moczary, było wzrostu małego, chuderlawe, oprócz głosu, nic ludzkiego nie mające. Amien Marcelin z przestrachem opowiada o ich ciałach krępych, o ich głowach potwornej wielkości, o spłaszczonych nosach i szczękach, które umyślnie kaleczyli, żeby nie dopuścić porostu brody. Podobni byli do dwunożnych zwierząt lub do figur rzeźbionych nieumiejętnie. Hordy owe posiadały obyczaje wilków; domów nie znały, przestrzenie zamknięte uważały za grobowce. Gallów przerażało tylko zawalenie się sklepień niebieskich; Hunnowie bali się, aby dachy na ich głowy nie pospadały; to było ich najsłabszą stroną. Zastosowania ognia prawie nie znali; jedli korzenie i mięso, uprażone pod siodłem; nosili tuniki z ciemnego płótna i kubraki ze skór szczurów dzikich. Odzieży tej nie zdejmowali; rozpadała się na ich ciałach. Życie pędzili na koniach brzydkich i tak wytrzymałych, jakimi byli sami; na koniach jadali, sypiali, odbywali narady; nawet śmierć nie rozdzielała tych potwornych Centaurów, bo żołnierza i konia chowano w jednym grobie. Idee religijne nie były im znane; o siłach nadprzyrodzonych mieli niejasne pojęcie. Wojna zapełniała ich życie, rabunek i łupiestwo stanowiły zwykłe zajęcie, a do mordowania przystępowali jak do żniw. Tylko zniszczenie było zdolnem nasycić ich okrucieństwo zwierzęce.

W połowie IV stulecia plemię to ukazuje się na widowni dziejowej i płynie ze Wschodu na Zachód, a w pochodzie zalewa Słowiańszczyznę, szczepy Teutonów i koczowniczych Tatarów. Liczba tych tłumów wzrasta, stają się one narodem; uosabia je Atylla, który nad brzegami Danubii zarzuca krwawą swą kotwicę. Przypatrzmy się temu Kalibanowi wojny, który łączył w sobie drapieżność dzikich bestyj z okrucieństwem tyranów.

Posiadał on gwałtowność Mongoła, a przebiegłość Bizantyjczyka; było w nim coś z wilkołaka i dyplomaty. Do przeprowadzenia planów używał grozy i podstępu; tygrys ten zmieniał się w kota i igrał zdradziecko z niedołężnymi cezarami, którzy wtedy już tylko pozorną posiadali władzę. Wyzyskiwał, szydził, oszukiwał, pochlebiał, straszył, a nawet domagał się od nich niepodobieństw. Rzym i Konstantynopol prześcigały się w usiłowaniach zaspokojenia jego zbrodniczych zachcianek. Razu pewnego domagał się od Walentyniana kielichów kościelnych, ocalonych przez biskupa, podczas grabieży w Syrenium. – Czyniąc zadość temu żądaniu, popełnię świętokradztwo – tłumaczy się Walentynian – gotów jestem zamiast kielichów, ofiarować ci podwójną ich wartość w monecie. – Kielichy albo wojna! – odpowiedział Atylla.

Mieszkał w budzie drewnianej, do której posłowie cesarscy zbliżali się na kolanach; gdy minęli wały z desek i palisad, zjawiał się przed nimi Atylla: nizki, krępy, bez brody, o ciemnej twarzy, z oczyma, w których płonęła wściekłość. Pryskus, uczestniczący w jednem z poselstw, pozostawił opis dworu tego barbarzyńskiego monarchy. Widzimy Atyllę, wjeżdżającego uroczyście do stolicy, pod baldachimem, który trzymają dziewczęta. Kiedy mijał dom ministra swego, Onogeza, na spotkanie orszaku wyszła małżonka tego dygnitarza, w otoczeniu służebnic, które niosły misy z mięsiwem i puhar wina. Atylla zatrzymuje się: czterech ludzi podnosi do wysokości konia stół srebrny, on je i pije, nie wyjmując nogi ze strzemion. W kilka dni potem zaprosił posłów na ucztę; goście w izbie, do której ich wprowadzono, znaleźli ławy i stoły, a pośrodku, na wzniesieniu, łoże królewskie, na którem spoczywał Atylla; u stóp jego, pokornie schylony, siedział Ellak, syn jego. Jadło i napoje podano w naczyniach srebrnych i złotych, ale Atylla jadł z mis drewnianych i pił z drewnianej czary. Podczas bankietu bardowie opiewali jego zwycięstwa, a pieśni do tego stopnia zapaliły słuchaczów, że zaczęli sami wznosić okrzyki, a na twarzach ich zjawił się wyraz wściekłości. Po bardach popisywał się błazen, którego wykrzywienia budziły śmiech szalony w barbarzyńcach. Tylko Atylla spoczywał nieruchomy, pieśni i błazeństwa żadnego na nim nie wywierały wrażenia. Dopiero gdy wszedł najmłodszy syn jego, Ernak, rozjaśnił twarz, przywołał dziecko do siebie i czule je uściskał. Tego samego dnia posłał do Teodozyusza i Walentyniana dwóch swoich wojowników, z tem oznajmieniem: – Atylla, pan i władca świata, rozkazuje, abyście dla niego przygotowali pałac, gdyż wkrótce przybędzie.

Jakoż przybył istotnie, a działo się to w owym strasznym 451 roku, zapowiedzianym przez komety, zaćmienia księżyca i chmury krwawe, wśród których widziano potwornych rycerzy, uzbrojonych w miecze płomienne. Zdawało się, że nadchodzi koniec świata. Pochód Atylli nazwaćby można potopem: wódz straszny prowadził za sobą niezliczone tłumy Hunnów, Alanów, Gelonów, Ostrogotów, Gepidów, Awarów, Bułgarów, Turków i Hunnigarów. Było to, jakby całe królestwo zwierzęce, zbuntowane przeciw ludzkości, pod wodzą potworu, obdarzonego rozumem i wolą. Tłumy owe w przeciągu kilku dni zalały Germanię i Galię: narody uciekały przed tą nawałą barbarzyńców, którzy grabili, pustoszyli, mordowali bez litości. Zewsząd słychać było huk rozpadających się w gruzy miast i jęki konających ludów. Z krwi tworzyły się rzeki, miasta pustoszały, także znikały pola uprawne.

Wpośród tych okropności, Atylla przybiera postać bajeczną: niektórzy kronikarze dają mu głowę osła, inni ryj, a są tacy, którzy utrzymują, że nie mówił, lecz ryczał. Jakiś pustelnik nazwał go Biczem Bożym, a on, usłyszawszy to, zawołał z szatańską radością: – Tak… Gwiazda upada, ziemia drży, a jam jest młotem świata! – (Stella cadit, tellus fremit, en ego Malleuss orbis!) To miano dają mu także biskupi, którzy go przyjmują przed bramami miast w stroju uroczystym. – Kto jesteś? – pyta go Pasterz Troyes, z murów tej warowni. – Jam Atylla, Bicz Boży! – Jeśli tak, to nie w mojej mocy powstrzymać ciebie. Bądź pozdrowiony, Biczu Boga, wejdź i podążaj tam, dokąd cię rozkaz Jego prowadzi. – Atylla wszedł z armią swoją, lecz w tej chwili na miasto spadła z nieba zasłona, czyniąc je niewidzialnem dla barbarzyńców; przeszli przez nie, sądząc, że idą przez łąkę.

Zachód zginąłby, gdyby nie zwycięstwo Aecyusza, na polach Katalańskich. Była to najstraszliwsza bitwa w dziejach świata: zginęło w niej 200 tysięcy ludzi. Z krwi potworzyły się kaskady, strumienie, rzeki. Odparty przez Gallów barbarzyńca, uderzył na Włochy, które spustoszył w jednej niemal chwili; płonęły miasta, ludzie padali, jak kłosy pod kosą. Wreszcie Atylla, przesycony morderstwem, przeładowany łupami, wraca do swojej siedziby, aby zostać zamordowanym dłonią mściwej Germanki. Hordy otoczyły namiot żałobny i wyły, niby psy nad zwłokami myśliwca, który dostarczał im pokarmu. Niewolników, co grób dla straszliwego wodza grzebali, zabito.

Zwycięstwa nie uczyniły Atylli wielkim; w sławie jego niema nic, oprócz jęków i wrzasków, pozbawionych szlachetnego znaczenia. Dzieje jego należą do klęsk fizycznych; jest w nim tyle ludzkiego, ile w trzęsieniach ziemi, w wybuchach wulkanów lub w trąbach powietrznych. Przewroty, które sprowadzał, mają w sobie coś nieświadomego, fatalistycznego, dlatego nienawidzieć go nie można, ani czynić odpowiedzialnym. Historya go nie oskarża, natomiast wini przyrodę, bo był jedną z jej sił niszczących. Kto przeklina i potępia Atyllę, postępuje jak Kserkses, który kazał chłostać rózgami fale rozhukanego morza.

Atylla przedstawia się nam, jako skamieniałość dziejowa, o kształtach bajecznych. Włosi go poniżają, Niemcy podnoszą do ideału; podania pierwszych wyobrażają go, jako widziadło lub potworu, a drugich, jako monarchę bezmyślnego, który przewodniczy wypadkom, lecz sam wpływu osobistego nie wywiera. Podania niemieckie zmieniają wilkołaka na patryarchę, zabójcę świata na sędziego, który rozstrzyga swary Nibelungów. Ale Węgrzy poszli dalej: w ich przekonaniu, jak nadmieniliśmy, wilkołak dziejowy był istotnie wybrańcom Bożym i tak go przedstawią zapewne w korowodzie historycznym, podczas uroczystości tysiącolecia swego państwa.

Autor: Biesiada Literacka
Artykuł pierwotnie ukazał się w Tygodniku Biesiada Literacka/ 06.03.1896 (23.02.1896)Z Warszawa, Nr 10 (1053)
Fot. tytułowa: Attyla – Wódz Hunów, obraz Eugène Delacroix

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Nowe artykuły

Logo Jegomościa
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.